jak tu sprzedać prywatność, czyli Dukaja czytanie

ciężko idzie, bo takiego zagęszczenia pojęciowego – zwłaszcza że Dukaj jak zwykle wprowadza swoje znaczenia tych pojęć – jeszcze u niego nie spotkałem (oczywiście w „perfekcyjnej niedoskonałości” jechał po bandzie zwłaszcza odrodzajowieniem w stylu myślałum – bo skoro jestem sztuczna inteligencją to do urodzajowienia moich wypowiedzi  nie stosuje się ani femininum, ani masculinum; w „innych pieśniach” dźgał w mózg bolcem przedstawień świata i kultury – oto continuum Arystotelesa, w którym potencjalność i aktualność, FORMA jest czymś najkluczowniejszym, ale to się po przeformatowieniu płatów czołowych dało schrupać).

My life is just a copy, a copy...

a copy of a copy...

ciężko idzie, bo „król bólu” czyli zbiór Dukaja AD 2010 – a konkretnie opowiadanie nr 1: „linia oporu” to tekst w obcym, języku, z którego rozumiem za pierwszym czytaniem ok. 70 proc.

„Schodzi na bóle porodowe nowego królestwa. Siostra wypytuje o przecieki z Gejzeru. (Dialogi). Robiliście kolory i patriotyzm oesów plastu. Amy schodzimy aż do kawy i pierniczka. Są kupione kontrofensywy? Sorry, sis, to ponad moją głową, ja jestem dojna krowa na pastwisku. Ale musiałeś słyszeć, czy przesuwają ludzi. Trudno powiedzieć, może konkurencja, może nie. Wasze królestwo jest z tego świata? Siostra kiwa głową. Stoimy na Benfice Lizbona, frutti di mare, wyprawach krzyżowych, muzyce poważnej, Herre Torfe, art deco, islamskiej kredytowości zeroprocentowej, fair-trade, szachach i łagodnym proteoseksualizmie. Także trochę byczej krwi i nerwicy natręctw, plus słońce Gibraltaru.
Paweł zna to z branżówki. O tym się gada w duchu i przy stole.”

Dukaj pisze strumem, czyli strumieniem podświadomości. Rozmowa bohaterów przetykana jest wtrąceniami umysłu, spostrzeżeniami kąta oka czy ucha. ale nie tylko. w całej narracji wielką część odgrywa sieć. człowiek jest w niej zanurzony wciąż i wciąż, życie człowieka jest nierozerwalnie związane z byciem-w-sieci, która zwie się tutaj Gejzerem. kieszenią ducha. autopilotem duszy. ona służy za wszechogarniający kontekst. niby człowiek już czytał takie rzeczy – no że stale jedną nogą w sieci. ale tu jest inaczej. bliżej. bardziej zwyczajnie. w zasadzie już to mamy – to jest tylko rozsądna kontynuacja.

„W duchu się witają. Wymieniają uśmiechy, przedstawiają. 10min Social Buff.
Adrian Utrałt.
Paweł.
Pan Utrałt.
Pan Kostrzewa.
On nie przejdzie na „ty”. Paweł odstawia żywca. Adrian Utrałt, 48, królestwo Nokia-Penderecki, Kraków, Glasgow, Kraków, Sydney, Burewala, przedwczoraj przeprowadzka z hotelu, ubezpieczenia duszy, AKG Ltd., płciowiec petra, proteoseksualista homo, a to siostra, a to matka, a to towarzystwo, a to konstelacje, a to powiedział, a to zrobił, a to o nim powiedziano, a w tych ludziach żyje, a ci ludzie żyją w nim, a tak się bawił na weselu siostry, a tak chorował, a tak myślał, i prawdopodobieństwo, że go polubisz – nie polubisz – polubisz – polubiłeś.
Seks.
Książki.
Muzyka.
Gry.
Jedzenie.
Już się poznali, już znajomi.”

czytam to i nijak nie mogę wyrzucić z głowy obrazu facebooka, nk, goldenline, jakiegobądź forum w którym spotykamy byty wirtualne. poznaję kogoś. fajny – niefajny – fajny. jestem zainteresowany. Patrzę na fb, nk, szukam. szukam bytu sieciowego, tożsamości internetowej. aha. tu się podpisał nazwiskiem i nickiem. szukam po nazwisku – wygadany. celna riposta. rozsądnie pisze. zdjęcia – nie słitfocie ale takie normalne. ok. dobrze. szukam po nicku. tu pisał. o czym? o star treku, nie lubi jakiejś postaci, nie podoba mu się stara seria. no dobra. a tu pisał że awantura z krzyżem pod pałacem to spisek rosyjski. a tam że powinno się wygonić obcokrajowców. i że jak laska mu zrobi laskę to jest zdzira. a tam że falubaz falubaz i wypierdalać. pisał serio? czy ściemniał? prowokował? cholera wie. myśleć – nie myśleć. zastanawiać się? warto? co to mnie? polubisz – nie polubisz – nie polubiłeś. bo choć przez 3 minuty wydał się interesujący, to z sieci wynika, że nie dla mnie. nie mój typ. nie moja seksualność, poglądowość, idealistyka, sportowość, wygłaszalność, obrazowość, lansowatość.

ale za to dziś zaprosiło mnie do znajomych 2 kolejnych ludzi, których nie znam i nie zamierzam. fajnie.

„Wczoraj? Przedwczoraj? Jeszcze innego dnia?
Wczoraj – czyli kiedy?
Duch sięga do kieszeni.
Dzień, w którym poznał  Adriana Utrałta.
Aha.”

* * *

kurdę. to książka o nas. teraz żyjemy w fazie przemiany. Dukaj zawsze pisze o socjalu – bo jego fantastyka to fantastyka jedynie z nazwy, a tak naprawdę każda książka to traktat filozo-technolo-społeczny. że potrzebna jest arystokracja, bo tylko ona utrzymuje kulturę. dzięki systemowi sztucznych zachowań, form, gąb, konwenansów. że plebejskość to brak rytuałów i protokołu. że demokracja niszczy kulturę. to niby nie wypowiedź na wskroś dzisiejsza? tak było w „perfekcyjnej niedoskonałości”. jak jest w „linii oporu”? czyż to nie o nas? a ten opis gry przedkoitalnej bohatera „linii oporu” co wam przypomina?

„Dobry wieczór. Cmok-cmok. Wszedł. Zaświergotała. „Wręczył. Oprowadziła. Pochwalił. Usiedli.
Najpierw gadki spod skóry. Jak tu sprzedać prywatność.
Są pakiety. Dla mężczyzny: impotencja mentalna, chłopaczkowatość, redukcja biolo, ambicje zawodowe, wspomnienie sceny poniżenia, kompleks petramęskości. Dla kobiety: zdrada ostatniego femu, dziecko, które ma, dziecko, którego nie ma, ambicje zawodowe, brak poczucia bezpieczeństwa.
Potem nastrój. (Soundtrack: późny Cohen albo Lipadusza).
Potem chemia spersonalizowana, miękka lub twarda, lub krótki gejdż (jesli nie nagejdżowali się wzajem na siebie wcześniej).
Potem pada bariera ciała od niby-przypadkowego dotyku.
A potem już leci.
I nawet jeśli sami się tam w duchu nie wywieszają – przez cały czas widzą dookoła pełne widownie, kamery reflektory mikrofony oczy ekrany lustra plaje raje.
Należą do drugiego pokolenia wychowanego na porno. (Porno robionego przez kreatywów, którzy sami wyrośli na porno).
Ono jest częścią twojej duszy publicznej – jak ulubione dragi albo marka preferowanej polityki. Podałeś znajomemu rękę, lecz wcześniej wszedłeś mu w duchu do łóżka. Do kogo nie czujesz pociągu, do tego pociąg możesz sobie zaordynować, równie szczery.
No to jedziemy: oral, vaginal, anal, istny Kubuś Puchatek.”

czytam Dukaja i wiem już, co mi się gdzieś pod czaszką tłucze. on się sPielewinił. przynajmniej w tym opowiadaniu. Pielewin mu się czka, mu się pieni. to jest opowiadanie pisane strumem postmoderny. tu wszystko jest zamierzonym, postmodernistycznym bełkotem, który pokazuje, że wszystko jest zamierzonym, postmodernistycznym bełkotem. czym jest internet? postmodernizmem-ku-nam. piszę cytując, postmodernizuję Dukaja tak, jak Dukaj postmodernizuje rzeczywistość i codzienność pielewizując ścichapęk.

„(stop-klatka z chujem na wierzchu)”

* * *

dwie rzeczy ujęły mnie tak naprawdę dzisiaj.

jedna to idea radosnych gospodarek niekoniecznych, czyli biznesu uczynionego i bitego na czasie wolnym. co to jest czas wolny? kategoria nie istniała przed industrializacją, przed dorobieniem się przez proletariat. do chwili, gdy człowiek po wyjściu z pracy nie szedł zjeść i spać, tylko miał trochę więcej, zaczęło się bicie ksy na jego wolnym czasie.

„Bo przecież – coś musisz robić, kiedy nie musisz robić niczego”.

cały ogrom ludzi, instrumentów, uwarunkowań, sektor finansów – wszystko wokół to wielka machina zajmująca się „dostarczaniem contentu dla życia w „wolnym czasie”
Tak zwana rozrywka
Tak zwany lifestyl
Tak zwane celebryctwo (life by proxy)
Tak zwane samokształcenie
Tak zwany sportowy tryb życia
Tak zwana działalność charytatywna
Tak zwana działalność publiczna
Tak zwana polityka
Tak zwana religia
Tak zwane narkotyki
Content. Wypełniacz (Content to be content).”

i trafiło mnie.

bo choćby studiowanie. to już dawno nie jest nauka, wykształcanie się, dowiadywanie czegoś. to lifestyle, sposób spędzania wolnego czasu. studentem się jest po to, by się było celebrytą lokalnym, by się kreować, mieć szyk, markę, i am student – i po to, by być  targetem działań marketingowych.

pracownikiem się nie jest po to, by pracować (vide Marks) i spełniać. a nawet nie po to tylko, by przynosić pieniądze za które kupić można odpowiedni styl spędzania wolnego czasu. pracuje się po to, by być częścią marki pracujących, pracowników firmy, zintegrowanych wokół idei/loga/szyldu/celu. jestem człowiekiem korporacji więc wiem, o czym piszę.

mężem/żoną się nie jest dla siebie. jest się dla społeczeństwa, bo się dzięki temu kupuje inne rzeczy niż gdy się jest singlem. bo się chodzi do sklepów we dwoje i jedno musi kręcić nosem na zakupy drugiego. bo się myśli o dzieciach i kredytach. to jest zorganizowany sposób spędzania czasu swego życia. dobrze wdrukowany.

lifestyle. zawsze i wszędzie. ot – blog na wordpressie z autopromem w facebooku. wszak to norma, to wręcz konieczność. pisanie bloga to sposób sprzedaży prywatności. ktoś poznawszy mnie zobaczy i w jego głowie przekręca się kułka: lubię to/nie lubię/lubię.

i kliknie.

* * *

druga rzecz to pytanie – co ja w tym wszystkim robię? jestem w środku, czy na zewnątrz? gdzie chcę być? co mówię, co piszę, kim jestem? czy jestem czymś ujętym przez siebie za pomocą mechanizmów wprost z duszy Dukajowskiej – czyli zobaczę, kim jestem dopiero, gdy to OPUBLIKUJĘ? skąd ta niezgoda wewnętrzna na to, kim jestem w oczach ludzi i w ich monitorach – oraz we własnym? skąd to coś, co mnie do pisania zmusza, by na nowo przemielić i znów znaleźć się w tym samym punkcie?

jak tu sprzedać prywatność, by nią pozostała – i nią nie była?

* * *

tak naprawdę Dukaj pisze o tym, co David Fincher przedstawił w Fight Club. o codzienności która nas pożarła. o naszej przemyślności, która nas zdradziła. o filozofiach pięknych i pełnych wolności, które okazały się mechanizmami podprogowo sterującymi ku karcie kredytowej wsuniętej w szczelinę.

„Jesteśmy niewolnikami w białych koszulach.
Reklamy zmuszają nas do pogoni za samochodami i ciuchami.
Wykonujemy prace, których nienawidzimy, aby kupić niepotrzebne nam gówno.
Jesteśmy średnimi dziećmi historii.
Nie mamy celu ani miejsca.
Nie mamy Wielkiej Wojny.
Wielkiej Depresji.
Naszą wielką wojną jest wojna duchowa.
Naszą wielką depresją jest życie.
Zostaliśmy wychowani w duchu telewizji, wierząc,
że pewnego dnia będziemy milionerami, bogami ekranu.
Ale tak się nie stanie”

* * *

zakończę ot tak – bez sensu. cytat z którym się zgadzam niestety bardzo bardzo.

„To ciężka praca – najcięższa – wymyślać i nieustannie aktualizować repertuar sensów życia”.

rorq are qrdl

kitę odwaliłem

kiedy ja z tego wojska wróciłem? chyba w 2003 roku. tak. musiałem się wspomóc goldenline bo tam mam napisane co do kiedy robiłem. kurczę, zapomniałem, kiedy byłem w wojsku…
w każdym razie od tego czasu kłaki były zapuszczane. wyglądałem jak pół dupy zza krzaka, jak owłosiona dupa zza krzaka, jak głowa goryla zza krzaka, a w końcu jak już te kłaki po wojskowej zapałce wystarczająco odrosły – jak typowy facet z kitką.
i tak wiele, wiele lat. od czasu do czasu było cięcie sensem skrócenia. najbardziej chyba jeszcze za czasów studiów, gdy z Gosią prowadziliśmy teatr w Liceum Ekologicznym i po przyjściu na zajęcia dziatwa nas obśmiała bo mieliśmy prawie identyczne fryzury :P
no ale zawsze to skracanie było takie, żeby włosy gumką można było zebrać.
ostatnie cięcie było jakoś w październiku zeszłego roku. i nadal, choć z trudem można było gumke na łeb założyć.
dziś już nie.
po dwufazowej akcji Dana opitoliła mnie na poważnego faceta z włosami w prawie średnim wieku (w sumie to zaraz). mam więc włosów tyle, by mogły się trochę kudlić. i niewiele więcej. mogę zatem jeśli chcę sprawiać wrażenie lekko nieporządnego :P

rorq bez kity

rorq bez kity

główną przyczyną było to, że w taką piękną, umiarkowaną, letnią, polską pogodę, gdy jest 43 stopnie w słońcu, ja po prostu spływam potem. postanowiłem się skrócić, by w tę głowę chłodniej było.
no to ciachłem. znaczy – Dana ciachła. kurczę, zadziwia mnie. kolejna rzecz, którą potrafi robić. rysowanie, granie na instrumencie, moda, florystyka, gotowanie, a teraz jeszcze fryzjerstwo!
wyglądam więc teraz tak, że siebie nie poznaję, ale się sobie podobuję. przy okazji wyszło na to, że jestem już szpakowany w 1/8 chyba – i to zwłaszcza z przodu. chyba momentalnie zacząłem wyglądać na tyle, na ile mam, a nawet starzej.
i dobrze.
bo na facetów z kitką patrzą tak, jak jeden z moich szefów z pracy – „no ja myślałem że ty będziesz taki wyluzowany (tja, jak pancerniki pewnie), zapominalski, bałem się, że będziesz olewać sprawę (bo mam kitkę?) – a ty cholerny cenzor jesteś (bo pilnuje regulaminu?)!”.

no to uwaga uwaga. można oficjalnie przestać mnie poznawać na ulicy. można zacząć mnie traktować poważniej.

bo odwaliłem kitę.

rorq are qrdl

mieszkanie geja, kieca w ciapy i spodenki, w jakich mogę

ten tydzień nie był taki zwalony, jak poprzedni. tyle dobrego.

przede wszystkim w końcu zeszło ze mnie powietrze związane z nowym mieszkaniem. musieliśmy się aż trochę popsztykać z Daną bo ja stale o tym myślałem i gadałem i nawet śniły mi się nowe mieszkania. obsesja. cóż. może faktycznie. nigdy o tym nie myślałem w ten sposób. nigdy nie czułem, że to mieszkanie to będzie prawdziwy dom. teraz tak jest – dlatego tak cholernie mi zależy. no ale wracając – doszliśmy do porozumienia z Daną, że czekamy. zbyt wiele pracy, zapieprzu, trosk wymagałoby teraz załatwianie czegoś 2 miesiące przed ślubem. powód? po prostu kredyt „rodzina na swoim” dostaniemy po ślubie a zaklepanie sobie mieszkania wymaga zapłacenia ok. 10 proc. całej ceny. ni cholery nas nie stać, a branie jakiegoś kredytu gotówkowego po to, by zarezerwować teraz fajne mieszkanie  dowalałoby nam naprawdę mocno w finanse. zatem orzekliśmy, że czekamy. co będzie, to będzie. jak znikną nasze wyszukane mieszkanka, to pojawią się jakieś inne.

no i dobrze, decyzja jest i tego się trzeba trzymać. ciekawostka – zaczęliśmy szukać też na rynku wtórnym (bo kredyt „Rodzina na swoim” jeszcze pozwala na zakup takiego mieszkania). znaleźliśmy mieszkanie, które:

- kosztuje dość niewiele, jest zrobione, więc nie trzeba w nie wkładać, ale jest w starym wieżowcu i koszt comiesięczny bez mediów wynosi 6 stów (masakra);

- mieszkanie (z Daną nazwaliśmy je: „po geju”), które jest śliczne, zadbane, pomyślane i w ogóle (raz że nie trzeba wkładać nic, dwa – widać, że ktoś miał i pomysł, i smak), comiesięczny koszt jest znośny (350 zł), ale kosztuje tyle, co nówka funkiel budownictwo, a jest w starym bloku.

po debatach odrzuciliśmy oba, choć były smakowitymi kąskami. wszak fajnie byłoby się wprowadzić do urządzonego mieszkania, z pozostawionymi częściowo meblami. ale płacić co miesiąc do raty kredytu dodatkowo jakieś 7-8 stów opłat lub płacić wysokie raty za mieszkanie, które za 10-15 lat będzie cholernie trudno sprzedać… pozostaliśmy przy pomyśle na nowe. pomimo że w nowym wszystko trzeba będzie zrobić od nowa. ale – jak powiedziała Daria – to jest jak z telefonami – na kartę jest na początku droższe, ale potem się opłaca. na abonament jest na początku tańsze, ale potem wsadzasz niepotrzebnie wiele kasy. no to bierzemy mieszkanie „na kartę” – o ile będą w lipcu.

a właśnie. środa. szefowa się piekli w pracy, że trzeba zrobić kwartalne podliczenie przepracowanych godzin. oczywiście znów wali obcasami w podłogę, wzdycha znacząco, rzuca ciężkie spojrzenia, zaciska usta i spogląda spod okularów na wszyts5kich zwłaszcza na mnie, bo mnie nie lubi. dlaczego mnie nie lubi? bo po podliczeniu wyszło, że mam 9 godzin nadliczbowych. 6 z kwietnia, 3 z marca. no i oczywiście opieprz: bo nie pilnuję, bo na jakim na świecie żyję, bo jak to sobie wyobrażam, bo to, bo tamto, bo sramto. no i pada sakramentalne: proszę wziąć wolne jutro by wybrać te godziny nadliczbowe.

proszę bardzo.

szybki telefon do Dany: mam jutro wolne.  idziemy na piffo? idziemy. telefon do Marcina i Darii. idziemy na piffo?  telefon do Gosi i Krzyśka… a no tak. oni nie pójdą :(

i poszliśmy. Daria trochę utyskiwała że wina nie ma (a za piwem nie przepada) ale było bardzo fajnie. oczywiście nie było to jedno pyffo, ale chyba ze cztery plus pizza. przy okazji umówiliśmy się na cykliczne spotkania z filmem. na początek „Nic Śmiesznego” albo „Inglorious Basterds„, bo ani Daria, ani Dana nie widziały. no to koniecznie!

fajnie. bo się kawał czasu nie widzieliśmy tak razem. w sumie pół roku. mieszkać od siebie 300 metrów i tyle się nie widzieć… teraz będziemy to nadrabiać. szkoda, że nie z Gosią i Krzyśkiem. ale może jak przyjedziecie kiedyś? ;)

a na koniec – szukanie kiecki. akcja „szukanie kiecki” trwa od kilku miesięcy. Dana wymarzyła sobie na ślub kiece długą i grafitową. i święcie się zarzekła, że nie zapłaci za nią grubej kasy. wybraliśmy się wczoraj do świątyni konsumpcji o nazwie Focus Park, by się rozejrzeć.

no, nie tylko za kiecą. w sumie to po pierwszym okropnie gorącym dniu tego roku, gdy założyłem byłem na się moje kultowe jedyne krótkie szare spodenki, Dana o mało pawia nie puściła i zarzekła się, że mnie więcej w nich nie wypuści. no to głównie mieliśmy spodenek szukać.

no to się te spodenki znalazło. i kiecę też. fajna, czarno-biała, mocno „graficzna”. pokazałbym, gdyby można było znaleźć w necie (jakoś nie mogę). no ale że stanika nie ma do niej, że ramiączka wyłażą, że to, że tamto… i że droga… i że na pewno nie będzie rozmiarów… i że to, a że tamto… i dalej zmieniać swe całożyciowe plany na grafitową (lub grafitowawą) kiecę do ślubu w nowowymyślone plany na kiecę w kwiatki, w kiecę w ciapki pastelowe, kiecę cielistą, do której trzeba halkę, w kiecę jakąbądź, byle była. – bo na pewno nie ma i nie znajdziemy!

ech… te kobiety… czyż ja jestem zatem stróżem grafitowatości kiecy narzeczonej mej? exactly!. ;)

no to ja wyposażony w krótkie spodenki, Dana w tymczasową kiecę w kolorowe ciapy. i taki jest plon tego tygodnia.

rorq are qrdl

taki to wróg publiczny

co ostatnio wywołało we mnie wkurw? proszę bardzo.
telefon od kogoś bliskiego. z zapytaniem o jakąś rzecz. bo się ponoć trochę znam. no i dobrze zatem. odpowiedziałem, jak umiałem – zawsze tak robię, zawsze staram się pomóc najbardziej, jak potrafię.
no i okiej.
nazajutrz telefon numer dwa. w tej samej sprawie. bo ktoś, kto się absolutnie nie zna i bliska osoba to wie, podważył moje zdanie na temat. zatem wyjaśniam że to ja mam rację. już nie jest miło, bo telefon odbieram w pracy gdy nie mam czasu, a ja przecież tylko bąki zbijam i czas zawsze muszę mieć…
numer trzy – następny dzień. telefon. w tej samej sprawie. dokładnie to samo pytanie.
nie wierzę.
po co dzwonić, jeśli w ogóle nie słuchamy tego, co ma ktoś do powiedzenia?

teraz jestem wróg publiczny nr 1. bo jestem:
- niemiły,
- niekulturalny,
- chamski,
- porywczy,
- nadpobudliwy,
- niecierpliwy,
- nie okazujący szacunku,
- złośliwy,
- wredny
oraz jeszcze tysiąc innych pejoratywnych określeń. w zasadzie to ja stałem tam, gdzie zomo po prostu.

jedyne o co proszę, gdy ze mną rozmawiasz człowieku, to o to, byś mnie słuchał tak, jak ja słucham ciebie. czy naprawdę proszę o tak wiele?
uczy mnie to jednej arcyważnej rzeczy. jeśli/gdy będziemy mieli z Daną dzieci, obiecuję je słuchać. cokolwiek by się nie działo – słuchać.
bo nie ma nic gorszego od bliskich, którzy nie mają zielonego pojęcia, jakim jesteś człowiekiem, co cię spotyka, co jest dla ciebie ważne. czujesz się wtedy jak urzędnik. urzędnik służy temu, by coś załatwić, nie by go poznać.

no i cóż. tradycja. przyzwyczajony jestem. przykre tylko, że czasem mam ochotę wyjechać na stałe do Nowej Zelandii – by nie móc odbierać takich telefonów.

rorq are qrdl

ProLibris i ElectroHead

dwie rzeczy.

najpierw tekst Dany w ProLibris. Kot jako maszyna nie całkiem prosta ukazał się w 33 numerze tego Lubuskiego Pisma Literacko – Kulturalnego. Dana szczęśliwa – kurczę, to nie w kij dmuchał się opublikować. pamiętam, gdy mój pierwszy tekst został opublikowany – w numerze pisma Koła Naukowego Studentów Filozofii WSP Zielona Góra – G.N.O.M. (Generalnie Niezależne Obiekty Myślowe). byłem cholernie dumny. naprawdę. oczywiście dla kogoś, kto pyknął już kilkanaście tekstów, taka publikacja to pikuś, ale ten pierwszy raz jest naprawdę magiczny. oto możesz pokazać komuś twoje słowa wydrukowane! (a teraz nawet nie wiem, gdzie mam ten numer G.N.O.M.’a… pfff.)

przeszedłeś do historii literatury – to coś już w niej zostanie i na pewno jeszcze kilka osób do końca świata to przeczyta…

cholernie miłe.

dlatego piszę o tekście Dany – bo te chwile, które teraz odczuwa – tego nikt już nigdy jej nie zabierze. tym bardziej, że tekst wyszedł jej naprawdę dobry – mocno Lemowski, w stylu Lema z „Dzienników Gwiazdowych” czy „Kongresu futurologicznego”. o dziwo – Dana przedtem nie czytała Lema.

no, to w takim razie bardzo ciekawie wróży :)

rzecz druga: Electrohead party vol 1

Front 242: headhunter

Front 242: headhunter

po pierwsze: impreza zaczyna się o 22.30 więc wcześniej to sobie można nawet pimpusia sadełko poczytać przez mikrofon – wszyscy mają to serdecznie w trąbce;

po drugie – jak nie przywalisz z Combichrista to luzie ani myślą ruszyć nóżką;

po trzecie – jak puszczasz IDM to wiedz, że będą krzyczeć: TO JEST TECHNO!;

po czwarte – jak będziesz puszczać futurepop to powiedzą, że nie było „pierdolnięcia” i że Maschinen Beat było lepsze a power noizy to jest esencja. jak będziesz puszczać power noizy to ci przyjdą prosić o VNV Nation i męczyć bułę, żeby było lżej, bo „ta muza napierdala, że wytrzymać nie można”;

po piąte – nie licz, że przyjdą twoi znajomi. oni mają na tę chwilę czas – najwyżej jak kiedyś zrezygnujesz z pomysłu to powiedzą: o kurczę, a ja nie miałem/am okazji…

po szóste – wiecie, że na górze, w DJ-ce czas płynie jakieś 3 razy wolniej, niż na dole (niekoniecznie na parkiecie)?;

po siódme – harsh rozkręca. naprawdę. czyli: „jest hoćićio – jest impreza!”. okropne;

po ósme: zajefajnie jest prowadzić imprę mając otwarty rachunek;

po dziewiąte: nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu. czy jakiegokolwiek świadectwa. zatem nie będę mówił.

a ogólnie? cóż. bardzo fajnie – kolejna z rzeczy, które chciałem robić w życiu mi się realizuje. pewnie że jeden i drugi narzeka ale narzekający są wszędzie tam, gdzie:

a) ktoś coś robi dla innych,

b) ktoś robi coś dla wielu, a nie dla tylko niektórych.

jeśli Electrohead to audycja mająca pokazywać ludziom, jakie fajne i jak różne jest electro, skąd pochodzi i dokąd zmierza ta muzyka, z czym się wiąże, na co się dzieli i jakie są konteksty – to zawsze się znajdzie ktoś, kto powie na przykład: gówno, bo electro to tylko Nitzer Ebb i Die Krupps a nie Icon czy Aphex. no i sto lat dla tego kogoś, tylko trzeba pamiętać, że wielu ludzi takiej muzy nie zna i dopiero pierwszy raz czasem jej wysłucha.

bo w audycji – czy na imprezie – będziemy wraz z Łukaszem, Daną i Jackiem, czy kimkolwiek jeszcze, kto zechce to robić razem z nami – WKŁADAĆ LUDZIOM ELECTRO DO GŁÓW.

dlatego też – choć jestem pieruńsko zmęczony po tej imprezie (to było włącznie z pracą 18 godzin wciąż na wysokich obrotach plus w sobotę po 5 godzinach snu znów praca), choć to był bardzo męczący tydzień a następne trzy szykują się wcale nie bardzo lepsze, choć ktoś ci krzyczy, że puszczasz techno i nie masz możliwości mu wytłumaczyć, że może niech posłucha, bo ma okazję poznać coś innego, niż gotyk i harshe, choć znajomych jak na lekarstwo (a kiedyś to całą paczką zgraną się na impry chodziło) a to na ich zdaniu najbardziej ci zależy, choć zawsze znajdą się ludzie, którzy ci powiedzą, że to, co robisz, jest nic nie warte a ty jesteś do kitu – to było zajebiście.

następny raz w lipcu. oj, poprawię wiele błędów. i zrobię nowe. bo jeszcze mi się chce robić nowe błędy.

i jeszcze jedno – świetnie się współpracuje z Daną. a podczas imprezy było to niezwykle ważne. no i jak tu z kimś takim życia nie spędzić? :)

rorq are qrdl

chcę być złym, dowcipnym Kanadyjczykiem

przy okazji szukania ilustracji do odpisu na komentarz postapokalipstick znalazłem świetną stronę – blog o facetach z Battlestar Galactica. no to będzie miała Dana nareszcie wgląd w Apolla  (to jej idol).

no i oczywiście popatrzyłem sobie na swego ulubieńca – pułkownika Saula Tigh’a…

Col. Saul Tigh

Col. Saul Tigh

jakiż ten facio ma genialne spojrzenie i głos! Michael Hogan – Kanadyjczyk, do którego trudno wydąc wargi i powiedzieć: „frakkin’ canadian! – bo jak dołoży to reanimacja nawet nie pomoże. a potrafi to robić spojrzeniem, miną, postawą, gestem, uśmiechem, głosem lub wszystkim na raz…

facet jest ponoć jednym z bardziej szanowanych aktorów w Kanadzie, gra od 1978 roku, a w tym biznesie jest w zasadzie cała jego rodzina. a, no i podkłada też głosy pod postaci z gier komputerowych – np. w Mass Effect 2 czy w Fallout: New Vegas.

w ogóle kanadyjczycy – z których śmieje się Ameryka – okazują się być naprawdę zarypiaszczymi gośćmi. oto drugi z moich idoli – Kanadyjczyk a jakże – Colin Mochrie.

Colin Mochrie

Colin Mochrie

przede wszystkim Colin to gość niezwykle dowcipny i zdystansowany do siebie – tak przynajmniej wywnioskować można z satyrycznego programu Whose Line Is It Anyway, w którym wraz z Ryanem Stiles’em grał pierwsze skrzypce. z Colina rżeli wszyscy – dlatego, że jest Kanadyjczykiem i jest „taki śmieszny” – łysy, niski, jakby trochę pokraczny, misiowaty. Colin ma jednak potężną broń – celną ripostę. tak wredną, jak cieniutki rapier w dłoni wytrawnego szermierza. wbija go tak celnie i z taką gracją, że padam przed nim na kolana. wręcz słyszy się za każdym razem TOUCHE! ale Colin wciąż miło i lekko nieśmiało się uśmiecha, wyglądając jak wioskowy (kanadyjski?) głupek.

dlaczego o nich piszę?

bo w jakiś sposób – jeśli miałbym wrócić do czasów bycia nastolatkiem i „mienia idola”, to wieszałbym sobie na ścianach plakaty z Michaelem Hoganem i Colinem Mochrie.

oj, jakże przydałby mi się wredny, przewrotny spokój Colina wraz z jego wyluzowaną, acz celną ripostą, oraz wkurw Hogana, grającego Saula i ten głos i wizerunek mówiący: spierdzielaj na drzewo, jeśli ci życie miłe, bo oto nadchodzi zły pijany Tigh.

rorq are qrdl

o zjawisku nieistnienia czasu

czasu nigdy nie ma. bo nie istnieje takie coś jak czas.

tylko gupi gupi człowiekuwatus durnians wymyślił sobie podziałkę dnia na kawałki. „w tym kawałku można leżeć a w tym nie”. i tak się zaczęło. bo wiadomo – leżeć to się chce jak nie wolno, a pracować wtedy, gdy trzeba leżeć.

tak to w klasztorach wstają o 3 rano i śpiewają pieśni a idą spać o 20.00.  no co kto woli. jako sowa wolę kłaść się o 2 rano i spać do 11.

w każdym razie cholernie nie mam czasu. w tym tygodniu nici z basenu. bo nie mam czasu. trzydniowa impreza foto day (praca) zabierze mi dwa wieczory i kawał soboty. ElectroHead zabierze mi cały wieczór i noc piątkowo-sobotnią (to przynajmniej miłe) ale problem polega na tym, że powinienem się do niej przygotować. a nie mam czasu. słucham playlisty i czuje że muszą być zmiany – ale nie mam na nie czasu. no i nadal nie przesłuchałem playlisty jacka. nie mam czasu.

trza by przygotowac coś na czwartkową audycję w radio. nie mam czasu.

do napisania jutro duży czołówkowy tekst o foto day. nie mam czasu. bo jutro kilkugodzinne spotkanie pracowe w sprawie facebooka. na które nie mam czasu.

użytkownicy w mm-ce mi się obrażają, bo nie mam dla nich czasu. nie rozumieją że człowiek masę robi po godzinach i nikt mu za to nie zaklaszcze ani nie pokiwa głową. raczej powie – skoro już zrobiłeś to, to czemu zatem nie zrobiłeś tego i tamtego?

nie mam czasu. a jednak jak widać – jak się chce – to się go znajduje.  kosztem czegoś innego. najlepiej by własnego snu. jutro znów będę miał oczy jak spawacz bez osłony. cóż.

a przy okazji- jutro spotkanie z chirurgiem w sprawie umówienia się na zabieg, potem feta w Norwodzie z powodu promocji nowego numeru ProLibris, w którym Dana ma swój tekst (zarypiaszczy zresztą, napisany na moje zamówienie to się chwalę), potem spotkanie z teściową. to wszystko po pracy oczywiście.

co dobrego? Gosi się podoba na obczyźnie. pociesza i cieszy. jutro wysyłam papiery do Żar i Cybinki i za dwa tygodnie powinienem się spodziewać druczków, które pozwolą nam złożyć oficjalnie papiury w USC ZG na ślub. Znalazłem też drugą poza ekonbudem firmę, która sprzedaje w mieście nowe dwupokojowe mieszkanie ponad 50-metrowe nowe za mniej niż 200 tys. no i po niedzielnej wyprawie do castoramy wyszło, że potrzeba nieco mniej kasy na urządzenie, niż myśleliśmy.

tylko jak ja znajdę czas na to wszystko, skoro już teraz tak bardzo nie mam czasu?…

rorq are qrdl

palcem po wyobrażeniach

wczoraj z Daną siedzieliśmy do ponad 3 rano wyszukując ceny farb, paneli, rozmiarów wanien i stołów do kuchni. wyszło na to, że do łazienki obowiązkowo bidet a pralka do kuchni.

fajnie tak palcem po mózgu pojeździć. poplanować, pomarzyć.

marzenia – marzeniami, ale dzięki temu człek cośtam zaczyna wiedzieć. ile nam wyszło razem takiego „zrobienia mieszkania od stanu deweloperskiego?” – pytam Danę. 15 tys. fajnie. sporo. ale i tak znacznie mniej, niż się spodziewałem. niektórzy za taką kasę zrobią tylko łazienkę.

palcem po wyobrażeniach. bo wyobraźnia zaczyna działać. byłem w piątek u dewelopera pytać o warunki. nie są złe.  teraz czeka nas rozmowa z teściową/mamą, by zdystansować się do pomysłu.

bo nie ukrywam, że jara mnie to i kręci. mieć nareszcie coś swojego.

Dana chce malować ściany i urządzać łazienkę. a ja chcę położyć si na podłodze i patrząc na ściany powiedzieć…

nareszcie. bo 10 przeprowadzek to już zbyt wiele.

rorq are qrdl

mieszanka kotów rosyjskich ze spamem

głupi tytuł? głupi. ale intrygujący. dlaczego? bo to, po czym ludzie znajdują tego bloga intryguje mnie niezmiennie. oto kilka haseł z tego tygodnia:

- mieszanka kotów rosyjskich ze spamem

owszem, można taki podpis dać pod to, co pisuję – wszak jest to jakaś mieszanka kotów (możliwe, że czasem i rosyjskich) oraz sporo myślowego spamu. ale żeby od razu google swierdził, że jak coś takiego wpiszę, to mój blog będzie odpowiedzią na to zapytanie – to czuję się trochę obrażony.

- czy jesli bede zyl w celibacie to moje grzechy zostana odpuszczone

nie mam pojęcia. moim zdaniem nie. celibat nie jest oczyszczaniem się z grzechów – raczej ciągłym babraniem się w tych grzechach – ale wirtualnie, bo przecież w celibacie cielesność to jedno wielkie fuj… ale skąd u diaska takie coś w moim blogu?? pozdrawiam człeka, który znalazł cokolwiek, co znalazł, szukając odpowiedzi na to pytanie. niech napisze w komentarzu, czy go to coś uspokoiło, czy nie.

- gify wojna i broń śmierć

polecam zatem rotten.com lub coś równie smacznego. na moim blogu znajdziesz jedynie jotpegi, koty i broń boże.

- potężna muzyka dźwięczy głośno anirorq

eee.. eee? sprecyzuj…

- jaka to piosenka w ktorej wokalistka wyrzucała białego misia do kasza na smieci

hmm… może znajdziesz coś takiego tutaj?…

ewentualnie możesz posłuchać starego hiciora Mały miś z modeliny i modlić się, by został wrzucony do kosza…

- osa z rolki po papierze toaletowym i piłeczki pingpongowej

powiem krótko – więcej świeżego powietrza i mniej miodku

- czy na basenie w kurniku trzeba mi zapierać pływaczki

kurczę… nie mam zielonego pojęcia. przede wszystkim nie mam pojęcia czy chodzi ci o Basen w kurniku, czy basen w Kórniku. różnica zasadnicza: na Basenie w kurniku zasadniczo można wszystko, czego nie zobaczy sąsiad, na basenie w Kórniku jesteś na widoku publicznym będących w na terenie basenu kórniczan oraz nie-kórniczan, więc wolno ci mniej.

po drugie – czy trzeba ci zapierać pływaczki? jestem w kropce – zupełnie nie rozumiem tej tabelki, znaczy rozumiem każde słowo ale nie rozumiem zdania. trzeba zapierać? zapiera się chyba plamy jakieś czy bardzo brudne rzeczy – tak, by łatwiej było plamę usunąć lub by łatwiej było coś doprać. Ile razy słyszałem od mojej mamy, że skoro uwaliłem się czymś, to trzeba to ZAPRAĆ. ale czy trzeba zapierać pływaczki? Jeśli pływaczki to pływające kobiety – to nie wiem, czy trzeba je zapierać. chyba, że są poplamione lub brudne – wtedy żeby szybciej były czyste może i trzeba je zaprać.

jeśli pływaczki to jakieś specjalne stroje do pływania – to jak się poplamią to pewnie trzeba zapierać…

i czy koniecznie trzeba CI – tego nie wiem. „gdzie ten który powie mi” – śpiewały Brathanki – czy więc trzeba właśnie CI – tego nie wiem.

ale wujek google pomoże zrozumieć. googlam. „pływaczki – pieluszki na basen”. acha… i już wszystko jasne.

punkt 20. regulaminu kórnickiego basenu brzmi: „Dzieci do lat 3 korzystające z basenu muszą posiadać na sobie jednorazowe pielucho majtki do kąpieli.”

tak. na basenie w kurniku trzeba CI zaBierać pływaczki. pomogłem?…

(ale jak google pokazał ci, że na moim blogu znajdziesz odpowiedź… rotfl. chyba że google miał akt prekognicji i wiedział, że dziś to napiszę.)

i ostatnie i najcudowniejsze, co znalazłem pośród fraz, które ludzie wpisali do google i dzięki temu trafili na mojego bloga to…

- kopulowałem ze swinką i owcą czy jestem zoofilem

… tak…

ps. czasem warto prowadzić bloga choćby właśnie dla tych haseł z google/a… ;)

zoo fil

zoo fil

rorq are qrdl